Google niebawem zmonopolizuje duże obszary sieci światowej. Takie obawy zgłaszane są od dawna i niedawna.
Ale czy Google robi to drogą “na skróty”, łamiąc lub obchodząc jakieś ważne zasady? Ja takiego czegoś nie dostrzegam. Widzę natomiast, że zdobywa swoją pozycję znakomitą synergią z pracy ludzi, którzy nie robią tego niewolniczo, a wręcz odwrotnie: ochoczo dają swoje zaangażowanie, inspiracje, innowacje i robią to z pasją. Organizacja Google również stanowi pozytywny przykład, dla większości tradycyjnych firm – niedościgniony.
Czy więc może to być forma zauroczenia, dotąd nieznana, w takim obszarze, która może prowadzić do złego (szkodliwego monopolu)? Powiem: tak być może – ale nie musi być. Trzeba tylko pamiętać o zasadzie bieżącej, zdecentralizowanej, społecznej kontroli nad takim tworem (a może nowotworem) i korzystać z niej twardo, gdy pojawiają się uzasadnione niebezpieczeństwa.
Ale też próby biurokratycznej kontroli nad taką organizacją, mogą być próbą przejęcia władzy i okazać się “trującym lekarstwem”. Więc trzeba pamiętać, że nie każdy atakujący “amtymonopolista” jutro (po zdobyciu władzy kontrolnej) też będzie “rzeczywistym antymonopolistą”. Raczej szukałbym tu rozwiązań problemu, we wczesnym ostrzeganiu i budowaniu zdecentralizowanej, społecznej kontroli, bez biurokracji, w wykomaniu wszystkich ludzi – globalnie.
Czyżby zatem kroiła się konieczność jakiejś nowej, sieciowej formy demokracji? Jakie to powinny być zasady? A może zafunkcjonuje tu jakiś absolutyzm oświecony?